Załamanie, chora miłość

Co zrobić w trudnych chwilach? Jak stworzyć udany związek? Co denerwuje nas w mężczyznach? Czy kobiety są z Wenus a faceci z Marsa? Na te i inne pytania możemy porozmawiać właśnie w tym dziale.

Załamanie, chora miłość

Postprzez Paula_1993 » 9 wrz 2016, o 16:05

Hej dziewczyny. Zwracam się do Was z moim problemem, nie wiem już gdzie mam szukać pomocy. Ostrzegam, będzie to długie wyznanie. Od ponad 3 lat mieszkam w Austrii. Mam 23 lata. Postanowiłam wyjechać za granicę, gdyż przerwałam studia w Polsce, które były kompletnym niewypałem. Chciałam spróbować czegoś nowego, wiedząc, że zawsze mogę wrócić do mojej ukochanej rodziny. Zaczynałam jako au-pair, pierwszy rok mojego pobytu minął bez większych problemów. Znalazłam inną pracę, w międzyczasie poznałam mężczyznę, 5 lat starszego. Dobrze się rozumieliśmy, dogadywaliśmy się bez słów. Nasza znajomość miała swój początek w internecie. Spotkaliśmy się dopiero po 7 miesiącach rozmów telefonicznych i wymieniania wiadomości. Traktowałam go jako kolegę, może nawet dobrego przyjaciela. Cieszyło mnie to, że jest ktoś, z kim się tak dobrze rozumiem. Już na pierwszym spotkaniu zauważyłam, że on chciałby czegoś więcej, jednak mój wrodzony radar jakoś trzymał mnie od tego z daleka. On był wytrwały, do momentu aż go bezceremonialnie wystawiłam i wolałam spotkać się z innymi znajomymi, niż z nim. Nie mógł tego znieść, ponieważ następnego dnia przeprowadzał się 100 km ode mnie. Jak widać, nie zależało mi wtedy na nim i na tej znajomości. Później przyszły dwa miesiące milczenia. Napisał, spotkaliśmy się i wyjaśniliśmy sobie wszystko. Zaczęłam dostrzegać w nim wspaniałego mężczyznę, ale bałam się że mnie zrani. Wszystko zaczęło układać się samo, zakochaliśmy się w sobie na zabój. Nie wyobrażałam sobie życia bez mojego Piotrusia. Był dla mnie wszystkim. Zauważyłam w sobie wielkie zmiany na lepsze, mogłam zrobić dla niego wszystko. Przełamałam się, zaczęłam np. gotować (a nigdy tego nie lubiłam), pozwalałam się przytulać i całować, chociaż zawsze byłam raczej wycofana :) Pierwsze kilka miesięcy było jak w raju. Nie zwracałam uwagi na pewne niepokojące mnie sygnały, byłam zaślepiona miłością. Któregoś razu zadzwonił do mnie i zacytował to, co dokładnie w tym momencie napisał mój kolega. Przyznał się, że od tygodni czyta moje wiadomości, że kiedy oddałam mu swój komputer do naprawy, to wykradł sobie moje hasła i mnie szpieguje. Wiedział o mnie wszystko, wiedział też o każdej rzeczy, którą dzieliła się ze mną moja przyjaciółka i inni ludzie. Nie spałam całą noc, płakałam, nie mogłam uwierzyć że mój ideał mógł się do czegoś takiego posunąć. Nie chciałam go znać, straciłam do niego zaufanie, mimo że bardzo go kochałam. Było to w momencie, kiedy mieliśmy razem zamieszkać. Umowa i klucze były już gotowe... Przyjechał do mnie, płakał, przepraszał, całował moje stopy i błagał o wybaczenie. Obiecał, że już nigdy tego nie zrobi, bo za bardzo mnie kocha. Wybaczyłam, uwierzyłam, mimo że nie umiałam mu już ufać. Chodziłam z telefonem do łazienki, nie zostawiałam przy nim włączonego komputera. Był chorobliwie zazdrosny o wszystko, o dzwoniący telefon, wiadomość na facebooku czy kwiaty, które dostałam na dzień kobiet w pracy. Starał się być opanowany, ale jednocześnie pokazywał mi, jak bardzo jest ze mnie niezadowolony. Zamieszkaliśmy razem, niestety to tylko dolało oliwy do ognia. Mimo, że wiedziałam iż on mnie kocha, a ja kocham jego, nie mogliśmy się dogadać. Kłótnie zdarzały się codziennie. Nie mogłam odnaleźć się w miejscu, w którym zamieszkaliśmy. Przenieśliśmy się tam, ze względu na jego pracę, bo moja oczywiście nie była taka ważna... Teraz wydaje mi się to przykre, wtedy nad tym się nie zastanawiałam. Mogłam dla niego wszystko poświęcić, jednak on tego nie docenił. Na pewno zły wpływ miało na mnie to, że 3 miesiące siedziałam w domu i chciałam mu uchylić nieba, ponieważ on ciężko pracował. I byłam zła, że nie poświęca mi czasu, że jest wciąż zmęczony. Widzę ile złego wtedy zrobiłam. Potrzebowałam wsparcia, ponieważ zaczynało się ze mną dziać coś złego... Z jednej strony miałam osobę, którą kochałam nad życie, a z drugiej gasłam... W ciągu roku schudłam 10 kg, płakałam codziennie. Większość nocy spędzałam sama na kanapie, bo wieczorem dochodziło między nami do kłótni. Któregoś razu przez przypadek dowiedziałam się, że cały czas mnie sprawdza. Wiedział wszystko co robię i co robiłam do tej pory. Nie mogłam tego znieść, straciłam całkowicie wiarę w to, że jestem dla niego ważna i że mnie szanuje. Postanowiłam odejść, nie było już dla nas szans. Nim udało mi się znaleźć mieszkanie w mojej dawnej miejscowości, z sukcesem przeciągnął mnie na swoją stronę i znowu przekonał, że mnie kocha. Dziewczyny, mój przyszły mąż mnie szpiegował. Pokazywał mi zabezpieczenia, żeby "nikt już Cię nigdy w przyszłości nie sprawdzał. Ja i tak tego już nie zrobię, ale może Twój następny też będzie zazdrosny". Właśnie, Piotrek był i jest chorobliwie zazdrosny. O każdym moim koledze ma coś do powiedzenia. Usłyszałam, że wszyscy moi kumple zadają się ze mną tylko dlatego, że mam fajny tyłek i jestem atrakcyjna; że tylko on mnie prawdziwie kocha; że bez niego nigdy nie dam sobie rady. Moja rodzina go uwielbiała, a potrafił powiedzieć że moi rodzice za wcześnie mnie wypuścili w świat i teraz sama nie mogę poradzić sobie ze swoim życiem. Codziennie słyszałam takie teksty. Nie wyzywał, ale poniżał. I zawsze umiejętnie i celnie trafiał w czuły punkt. Najpierw zrównywał mnie z ziemią, mówił jak moje życie bez niego jest beznadziejne i że na pewno będę jego żoną, bo on sobie nie wyobraża żebym miała być z kimś innym. Że jeśli mnie z kimś innym zobaczy, to się zabije. Miesiącami trwały kłótnie, rozstania i powroty. Kiedy już się od niego wyprowadziłam, mimo wszystko, nie umieliśmy się rozstać. On przyjeżdżał do mnie, ja do niego. Moi znajomi go znienawidzili za to co robił, nie było nikogo kto by nam kibicował. Rodzice mówili mi, że ten związek mnie wyniszcza, że jestem cieniem samej siebie. Płakałam bez końca i wierzyłam w jego obietnice poprawy. Zapytacie pewnie, czemu nie usunęłam kont, nie zmieniłam haseł. Robiłam to setki razy. On jest sprytny i inteligentny. Po jednym z naszych rozstań poznałam kogoś. Zauroczyłam się, mimo że nic z tego poważnego nie wyszło. Piotr się o tym dowiedział, ba. Sama mu powiedziałam, kiedy chciał do mnie wrócić. Wiecie, wpakowałam się w tę historię z tamtym gościem tylko po to, by zapomnieć o Piotrku. Myślałam, że to się uda. Usłyszałam od Piotrka, że jestem zerem, dziwką, kurwą, puszczalską szmatą, że się mnie brzydzi, że nigdy mnie nie dotknie, że szybko się pocieszyłam, że jestem tępa w przeciwieństwie do jego koleżanek itd. Byłam wtedy jak w transie, nie wiem co się wokół działo. Mówił, że napisze do wszystkich moich znajomych taką wiadomość: "cześć, to Ty jesteś tym pajacem, który bzyka moją byłą?'' Tak bardzo bałam się iść do pracy... Miałam obok ludzi, którym na mnie zależało, ale nikt nie wiedział jak sprawa wyglądała od podszewki. Pojechałam do niego i patrząc mu prosto w oczy przyznałam się do wszystkiego i powiedziałam po co mi to wszystko było. Płakał. Ja też. On zawsze płacze, kiedy coś się dzieje. Mówił, że chce jeszcze ze mną spróbować, bo nie wyobraża sobie bycia z kimś innym, że mnie kocha. Oczywiście, na domiar złego dowiedziałam się że znowu ma jakieś informacje o mnie = wciąż mnie sprawdzał w internecie. Mówię Wam, do dzisiaj nie śpię po nocach, nie mam apetytu, płaczę bez końca. W pracy, w domu, wśród przyjaciół... Może i jestem tą dziwką, za którą on mnie uważa. Zrujnowało mi to psychikę, nienawidzę siebie, już kilka razy stałam przed apteką, żeby kupić środki nasenne. Nie mogę tego zrobić moim najbliższym. Psychicznie jestem wrakiem. Chciałabym umrzeć albo jeszcze raz się urodzić. Spędziliśmy razem dwa lata. Po tej sytuacji z tamtym chłopakiem, próbowaliśmy jeszcze kilka razy. I bywało dobrze. Naprawdę, wierzyłam że się uda. Było jak na początku. Jednak zazdrość i jego podejrzenia nas wykończyły. Może to zrozumiałe, może powinnam chociaż spróbować go zrozumieć. Zawsze miałam wielu kolegów, adoratorów też. Ale jeśli byłam z nim, to żaden z nich nie mógł z nim konkurować, bo go kochałam. Mogli pisać, dzwonić i i tak nie mieli na co liczyć. Piotr uważał, że powinnam się odciąć od takich ludzi. To prawda, odcinałam się powoli aż w końcu zostałam sama z nim i jego wyssanymi z palca oskarżeniami. Nie umiał ze mną rozmawiać i z problemami wolał walczyć sam. Znajomi bali się, że on może coś mi zrobić. Wypisywał do moich kolegów i koleżanek. Kiedyś, jak mi zagroził i kazałam mu zostawić mnie w spokoju, postawił prawie całe miasto na nogi. On zawsze rozumiał wszystko dopiero w momencie, kiedy ja umierałam z bólu psychicznego i zalewałam się łzami. Byłam zawsze pogodną dziewczyną, a teraz jestem nikim. Dziś sprawa wygląda tak, że przeprowadził się z mojego powodu do miasta, w którym żyję. Mamy kilku wspólnych znajomych, próbowaliśmy jeszcze kilka razy. Ludzie, nie jestem już sobą i nie wiem jak sobie pomóc. Moja rodzina i przyjaciele są daleko w Polsce a ja walczę z każdym dniem. Nie mam radości z pracy, nic mnie nie cieszy. Chyba nie znałam go dobrze na początku i za szybko się do niego przeprowadziłam. Boję się, że on nadal jakoś mnie kontroluje. On zawsze mógł mieć setki koleżanek, i tu zaznaczam - w Austrii ma same koleżanki, żadnego kumpla. A mnie oskarżał o to, że rozmawiam z kolegami i zabraniał mi tego. Bardzo chciałabym znowu cieszyć się życiem, ale on cały czas jest obecny w mojej głowie i sercu. Kiedy przychodzi czas, że nie mamy ze sobą kontaktu przez kilka dni lub tygodni, to wszystko zaczyna się od nowa. Jego łzy mnie rozmiękczają. Postanawiam sobie milion razy, że nie dam mu już szansy, bo tyle razy mnie zranił i zrobił ze mnie wrak. Zawsze mi powtarzał, że po kłótniach użalam się nad sobą, że robię z siebie męczennicę, że wyolbrzymiam problemy. Sto razy już słyszałam, że jestem niezrównoważona, że on znajdzie sobie dziewczynę zdrową psychicznie itd. Dla niego człowiek wartościowy musi być po studiach, najlepiej po budownictwie. To głupie, ale naprawdę tak było. Kiedy ja czegoś nie wiedziałam, to mówił ''nie załamuj mnie'', tak, jakby wstydził się mnie. Zawsze musiał mnie poprawić, lub przywołać do porządku. Znam bardzo dobrze niemiecki i angielski i tylko tutaj zawsze kulił ogon. Może i jestem nikim, może naprawdę nie zasługuję na kogoś tak inteligentnego jak on. Nie wiem jak z tego wyjść, nie wiem co robić. Z moim zdrowiem jest coraz gorzej, dwa dni temu ze stresu i przemęczenia, zemdlałam w pracy i pojechałam do szpitala. Chcę z tego wyjść, ale nie wiem jak. Odwiedziłam psychologa, stwierdził u mnie początki depresji. Będąc tutaj, nawet nie mogę się zmotywować, by wybrać się na kolejną wizytę. Wszystko jest mi obojętne, nie wierzę że jeszcze ktoś mi pomoże, że ktoś mnie pokocha i powie, że jestem coś warta. Byłam rozliczana ze wszystkiego. Każdy nowy znajomy, każda rozmowa telefoniczna. Któregoś razu czekał pod moim domem w nocy 4 godziny. Kiedy wracałam do domu zwyzywał mnie i nie zapomniał powiedzieć mojemu znajomemu, który mnie odwiózł że tamten ma nie robić sobie nadziei, bo ''on mnie cały czas pieprzy''. Zakładał fałszywe konta na portalach, podawał się za innych ludzi i próbował wypytywać o moje życie prywatne. Wmówił swojej rodzinie, że go zdradziłam, mimo że z tamtym spotykałam się kiedy nie byliśmy razem. O swoich błędach naturalnie nigdy nie wspomniał... Usłyszałam, że kiedy będę w ciąży to nie będę wiedzieć czyje to dziecko. Mnóstwo takich rzeczy, które na długo zostają w głowie. Nienawidzę siebie. Nikt nigdy nie nazwałby mnie dziwką. W swoim otoczeniu mam opinię dziewczyny, która naprawdę się szanuje i dlatego tak boli mnie to, co on ze mną robi... Kiedy mieszkaliśmy razem, mówił że mam uważać na to co robię, bo jestem w jego domu. Mój biust nazwał kiedyś wymionami, a mnie samą imieniem swojej byłej. Nie wiem, mam wrażenie że czerpał dziwną radość z tego, że jestem smutna, że płaczę i że nie mogę już tego znieść. Szydził ze mnie, wypominał błędy z przeszłości (o których nie powinien wiedzieć, ale sam je sobie wyczytał w moich rozmowach). Potrafił mnie ignorować i nie reagować na moje prośby, mówiąc ''daj mi już spokój, nie chce mi się ciebie słuchać''. Obrażał bez końca moich znajomych, mówił że mam beznadziejną pracę i że jestem tylko małą, naiwną dziewczynką, która nie ma pojęcia o życiu. Zawsze wszystko było moją winą, zawsze. On zachowywał się tak, jakby miał dwie twarze. Raz kochany, najlepszy, pomocny i uczuciowy, a za chwilę człowiek któremu nic się nie podoba, któremu ja nie dorównuję i który musi mnie poniżać. Tak jak pisałam, dopiero kiedy widział że ja już dłużej nie mogę tego słuchać, że płaczę, przepraszam nawet za to, czego nie zrobiłam, dopiero wtedy opanowywał się i zaczynał płakać, że on bardzo emocjonalnie reaguje. Nie chcę się wszystkiego wyrzekać, nie chcę rezygnować ze znajomych, bo on sobie tego życzy.
Dziewczyny, wybaczcie że piszę tak chaotycznie, ale staram się napisać wszystko, co mi się przypomni. Nie byłam i nie jestem idealna, mimo że dawałam z siebie wszystko i starałam się zawsze naprawiać swoje błędy. Piotrek mówił, że byłabym najlepsza i wymarzona, gdyby nie błędy. Czy wszyscy ludzie są nieomylni? Czy on taki jest? Podobno ''gdybym miała więcej oleju w głowie, to byłabym już jego narzeczoną...'' Naprawdę mam się za zero, którym on mnie nazwał i nie wierzę że znajdę jeszcze sens w życiu. To był jedyny mężczyzna, którego chciałam nazywać mężem i ojcem moich dzieci. Potrafił mówić mi, że kocha mnie nad życie, kochać się ze mną a później kilka dni milczeć. Jestem żałosna. Jak sobie pomóc? Przepraszam za to, że jest to taki długi post, musiałam się komuś wygadać i jeśli znajdzie się choć jedna osoba, która ze mną porozmawia, będę wdzięczna.

Trzymajcie się,
Paula
Paula_1993
Jestem tu nowa :)
 
Posty: 1
Dołączył(a): 9 wrz 2016, o 16:04

Re: Załamanie, chora miłość

Postprzez Patrycja23 » 4 paź 2016, o 16:56

Paula, powinnas wrocic na jakis czas do najblizszych zanim będzie za pozno i sama się poddasz lub on zrobi Ci krzywde. Obecnosc rodziny naprawdę pomaga.

Mój chory i toksyczny związek trwal 2 lata. Sytuacje takie same jak u Ciebie portale wypisywanie do znajomych wchodzenie na moje konta i stałe wizyty w pracy. Związek trwał może 3! Miesiące Ale cała udręka 2 lata ponad.
On odpuścił gdy.... Znalazl sobie inny obiekt westchnień. Co prawda trwało to etapami. Poznał inną i zaczął całą uwagę poświęcać jej. Ja odetchnęlam i na jakiś czas wróciłam do rodzinnego domu. Zanim to się stało pobił mnie... Oczywiście zgłosiłam wszystko na.policję
. Nękanie i szarpanie pobicie... Rok czasu trwało... Aż sprawą się skończy. On się odizolowal od mojego życia i mnie. Mimo.sytuacji i.winy z jego strony został uniewinniony... Ach te nasze sądy... Ważne że ja mam spokój i dziś jestem szczęśliwa z totalnym przeciwieństwem tego człowieka.
Dba o mnie i kocha każdego dnia. W planach ślub i dzieci. Przede wszystkim mamy się i zasypiam spokojnie bez awantur i podejrzeń.

Paulo, musisz przypomnieć siebie i.ciągle powtarzać jak wspaniała osoba jesteś. I.nie zasługujesz na.takie traktowanie !
Pamiętaj o tym. Zbierz siły i.udaj.się.tam gdzie masz wsparcie. Nie daj mu niszczyć swojego życia...

Pozdrawiam ciepło.!!!!
Patrycja.
Patrycja23
Jestem tu nowa :)
 
Posty: 4
Dołączył(a): 16 cze 2016, o 21:16

Re: Załamanie, chora miłość

Postprzez epilog » 17 paź 2016, o 12:58

Chcesz być z kimś, kto nie ufa Tobie, a Ty jemu? Powodzenia.
epilog
Jestem tu nowa :)
 
Posty: 6
Dołączył(a): 16 wrz 2016, o 15:41

Re: Załamanie, chora miłość

Postprzez roberia » 15 paź 2017, o 20:54

historia jak z jakiegoś psychicznego thrillera. wyprowadź się tak by Cię nie znalazł, poproś jakiegoś informatyka żeby zakodował jakoś twoje konta itp bo dramat jaki psychol, współczuję :(

http://prokwiaty.pl TWOJA KWIACIARNIA ul. Włóczków 6 30-103 Kraków
roberia
Jestem tu nowa :)
 
Posty: 6
Dołączył(a): 15 paź 2017, o 20:39


Zidentyfikowani użytkownicy: Bing [Bot]