cześć Dziewuszki!
Normalnie nie nadążam! Poczytałam zaległości i jestem zdumiona!
Gusiu! toż to rozbój w biały dzień żeby czarną porzeczkę po 40 gr skupować! Jestem oburzona! A kuchnia wygląda superowo! Ja niestety nie mam tak dużej, ale może to i dobrze, bo w swojej dość kilometrów nadryptam...
Aga! gratuluje wygranych! masz szczęście do nagród i oby tak dalej! A kciuki trzymam uparcie..
Halinko! w temacie butów wole się nie wypowiadać, bo kupić coś sensownego na moją noge graniczy z cudem, więc świetnie Cie rozumiem.
A może zorganizujemy mały zlot czarownic żeby sen Agi nie poszedł na marne?
Wyobraźcie sobie, że dzisiaj nie było pana Kier w
pracy! To po co umawiał się ze mną i z innymi ludziami, przed którymi musiałam świecić za niego oczami??? Ponoć już w czwartek wypisał wniosek urlopowy, a ze mną w piątek rozmawiał o poniedziałku! Muł bagienny nieskrobany!
Jutro pewnie nie uniknę ciężkiej rozmowy, a wkurzona na niego jestem setnie!!!
No, nic! Pożyjemy, zobaczymy....
Obiecałam napisać o weselu, więc...
Takie tam weselne wspominki….
Sobota. Upał, jak w tropikach, a my szykujemy się na
ślub i wesele Młodego. Misiek w pięć minut po założeniu garnituru zaczął wydobywać z siebie dziwne dźwięki do złudzenia przypominające żałosne gulganie znerwicowanego indora idącego na rzeźnicki szafot. W dosadnych słowach pogratulowałam sobie wstrętu do przyozdabiania twarzy makijażem i ucieszyłam się, jak głupia, że to nie ja muszę męczyć się w wyjściowym krawacie. Moja kreacja (jak zwykle minimalistyczna) składała się z jasnokremowej kiecki do kolan, ale za to bez rękawów i lekkiej jak mgiełka narzutki w kolorze przydymionego różu. Koafiura postawiona na teoretycznie mocny żel wytrzymała niespełna kilka minut, po czym smętnie oklapła i niemrawo dogorywała w panującym gorącu. Nie, to nie! Łaski bzz… obejdzie się cygańskie wesele bez marcepana, a tym bardziej Młodego bez mojej fryzury.
Ale i mnie upał ogłupił do tego stopnia, że dopiero w hali garażowej zorientowałam się, że na nogach zamiast eleganckich czółenek ciągle mam domowe kapcie. Zbytniej różnicy w moim wyglądzie to nie robiło, ale mogło wprowadzić lekkie zmieszanie wśród weselnych gości, a przecież tym razem to nie ja za gwiazdę miałam robić…
Państwo młodzi do kościoła przyjechali białym kabrioletem stylizowanym na lata dwudzieste ubiegłego wieku, panna młoda miała na sobie suknię prostą i elegancką z niewielkim trenem, a zamiast welonu jej głowę przyozdabiał malutki pizdraczek suto marszczony tiulem, z białym kwiatkiem w środku. Wiązanka z białych storczyków dopełniała całości. Młody przyoblekł swe wdzięki w ciemnogranatowy garnitur, śnieżnobiałą koszulę zwieńczoną w talii ozdobnym pasem z niebieskiej satyny i takąż muchą na gardzieli. Co prawda sportowe buty pasowały do tego stroju, jak pięść do nosa, ale kto by przejmował się takimi drobiazgami..
Natomiast od pierwszego kopa w ciężki stupor wprawiła mnie świadkowa, która wystąpiła w mocno wydekoltowanej, jaskrawo różowej sukience ledwo zakrywającej pupę i butach na chyba 20 centymetrowych obcasach! No i w trakcie ceremonii, kiedy trzeba było klękać, kiecka nie dość, że króciutka, to jeszcze suto marszczona z pełnego klosza zamiast spłynąć wstydliwie po tyłeczku świadkowej stała niemalże na baczność i wszyscy mogli podziwiać jej koronkowe majtasy. Poza tym zawsze wydawało mi się, że rola świadkowej polega na pomocy pannie młodej, w sensie przytrzymania bukietu, pilnowania sukni, welonu etc. A tu proszę! Nic z tych rzeczy! Panna młoda samotnie miotała się z kwiatami, a tren jej sukni poprawiał i układał osobiście pan młody, natomiast pani świadkowa tylko stała i wydzielała z siebie radosne uśmiechy oraz powłóczyste spojrzenia w kierunku młodego klechy, który ślubu udzielał.
Ogólnie rzecz biorąc ceremonia z drobnymi potknięciami była bardzo uroczysta i spłakałam się rzetelnie, zwłaszcza gdy Młody przysięgę małżeńską drżącym głosem składał. Nooo...wzruszyłam się....
A potem to już było z górki. Pojechaliśmy do sali weselnej, na szczęście klimatyzowanej i rozpoczęło się weselisko, jak na tutejsze warunki bardzo kameralne, bo raptem na 120 osób. Dwuosobowy zespół grajków spod Pucka nie szczędził strun i klawiszy, gorzej było ze zrozumieniem tekstów śpiewanych piosenek, zwłaszcza kiedy porywali się na anglojęzyczne przeboje. Misiowi uszy więdły i smętnie powiewały, gdy słyszał „aj nidu, nidu łajtju”, ale trzeba przyznać, że chłopaki grali bardzo rytmicznie i nie oszczędzali się w klezmerskiej robocie. W każdym razie, co potańcowaliśmy, to nasze. Menu weselne było bardzo bogate, rzekłabym nawet zbyt bogate. Mięsa pieczone, drób, dziczyzna, sałatki, swojskie wędliny, ryby w różnej postaci, ciasta, lody i leguminy. Osobiście zajadałam się cytrynową i waniliowo-wiśniową. Miam! A co najważniejsze było mnóstwo owoców i cała paleta napojów chłodzących serwowanych prosto z lodówki. I oczywiście alkohol zacnie zmrożony marki „Pan Tadeusz” oraz wina różniste w ilościach dowolnych. Przyznaję się bez bicia, że sumie wypiłam 1,5 litra.
Wody niegazowanej z lodem...
Zauważyłam też pewną prawidłowość odnośnie strojów gości weselnych. Otóż większość par wyglądała w ten sposób, że pan przynależny do danej pani miał krawat w kolorze jej sukienki. Poza tym naliczyłam 11 sukienek dokładnie w takim samym fasonie ( i chyba z jednego sklepu) różniących się między sobą tylko kolorem. W ogóle dominowały kiecki z pianki mniej więcej takie….
w wyjątkowo ostrych barwach. Od zarąbistego cyklamenu, poprzez purpurę biskupią do jaskrawego turkusu i „job twoju zamoju” neonowego fioletu. Możliwe, że gdybym miała odrobinę wrażliwszą osobowość, to razem ze swoimi pastelami popadłabym w nieodwracalne kompleksy na tle mody i jej wymogów, a tak mogłam sobie pogratulować, bo mimo wszystko wyglądałam „inaczej”, co wcale nie oznacza, że gorzej. I przez cały czas trwałam w zachwycie nad samą sobą, jaka to ja jestem „mądra oszczynka” i gęby nie maluję. Spływający tusz i rozmazane cienie urody nikomu raczej nie dodają i w rezultacie doprowadziły do tego, że zanim podano tort większość pań zmyła z siebie niepotrzebny kosmetyczny balast i od razu bawiła się swobodniej nie musząc, co chwila latać do łazienki celem poprawienia urody upałem nadwątlonej..
A propos tortu. Były trzy, każdy w innej kolorystyce i smaku ułożone w piękną kompozycję razem z owocami ze specjalną dekoracją.
Balowaliśmy z Misiem do samej 23.00, a potem, jak na starszych państwa przystało pojechaliśmy do domciu dać folgę zbolałym nogom i w domowych pieleszach odetchnąć miłym chłodem ruskiego wentylatora…
