Poczytałam Was i aż mój jeżyk jeszcze bardziej na baczność stanął!
Ależ Wy jesteście pracowite! Ja przy Was, to teraz za śmierdzącego lenia robić będę, bo znowu obłożyli mnie tyloma zakazami, że tylko siąść i płakać...
Kasiu! pełen szacun! okna bladym świtem myć, to nie w kij dmuchał!
Gusiu! to u Ciebie teraz dużo zajęć w polu i nie tylko. Oj, narobisz się bidulko..
Aga! cieszę się, że z zębem Marcela sprawa załatwiona, a jak z Twoim, bo nie doczytałam? Dzisiaj wezmę przykład z Ciebie i tez wywalę pościel na balkon i powlekę świeżą:-) Nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie zawitasz do mojego miasteczka!
Monia! jak tam moja Gabrynia? i jak Ty się czujesz? Mam nadzieję, że mdłości minęły bezpowrotnie:-) Powiem Wam, że dziecięce ciuszki w PEPKO nie dość, że tanie, to całkiem niezłej jakości są! Wiem, bo kupuję..
Tygrysie! czy Adasiowi podobała się wycieczka? kopie już Maluszek?
Hada! jak zdrówko?
Nutka! trzymam kciuki żeby to jednak nie była cukrzyca!
Halinko! a jak tam dzisiaj Natalka? wygląda na to, że na wyjazd będziecie mieli piękna pogodę
Saszki nie widać, ani
Marty, ani
Gosi...
Obiecałam relację z moich klinicznych przeżyć, więc dla porządku zacznę od początku..
Ponieważ wezwanie do kliniki obligowało mnie do stawiennictwa na oddziale w niedzielny poranek postanowiliśmy z Misiem wybrać się do Poznania już w sobotę i przenocować u przyjaciółki, która tamże za Wysoki Sąd robi chociaż wzrostem kurdupel niższy ode mnie. Z Wysokim Sądem znamy się od życia prenatalnego, więc fakt, że akurat w tym czasie wybrała się na wycieczkę do kozodojców, w sensie zwiedzania Armenii w niczym nam nie przeszkadzał, bo na miejscu została reszta rodziny czyli jej mąż, psy i kot Bazyli. W czasie drogi zaliczyliśmy wszystkie możliwe stany pogodowe od gradu i śniegu z deszczem poczynając, poprzez kwietniową burzę (zdecydowanie niezdecydowaną histeryczkę), która dopadła nas w okolicach Tupadły, a na wiośnie w pełnym rozkwicie kończąc. Po przyjeździe do Poznania i rzetelnym odpracowaniu radosnych okrzyków powitalnych mnie oblazła zwierzyna domagając się pieszczot i zabawy, a panowie w ramach zasłużonego relaksu postanowili zniszczyć jeden z licznych wyrobów rodzimego przemysłu monopolowego. Jedna flaszka etanolu na dwóch dorosłych facetów, to tyle co nic, ale i to wystarczyło żeby uchachać się ze śmiechu po same pachy słuchając, jak rodowity poznaniak gaworzy z nie mniej rodowitym Kaszubem na różniste tematy dowolne, kobiet i polityki nie wyłączając. Nawet kot Bazyli usiadł przy stole i uważnie nadstawiał ucha uśmiechając się znacząco pod rudym wąsem. Tylko puchata kulka marki Benio wytrwale kokosiła się na moich kolanach żądając czochrania w ulubionych miejscach, zwłaszcza po pękatym brzusiu tudzież pod rozkosznie uśmiechniętą mordką.
Niedzielny poranek powitał nas słońcem, aromatem świeżo parzonej kawy i roztańczonymi ogonami domowej zwierzyny. Przez puste o tej porze miasto pod bramę kliniki dojechaliśmy w trymiga i nawet problemu z parkowaniem nie było. Wszystko szło zgodnie z planem dopóki nie usmarkało się na Centralnej Izbie Przyjęć, przez którą każdy żądny szpitalnych wrażeń obywatel przejść musi i nie ma inaczej! Wchodzimy z tobołami , a tam kolejka na co najmniej dwa magazynki Makarova! Lekko godzina stania i to przy dobrych wiatrach. Wiatry i owszem były obecne, bo kolejkę w większości stanowili ludzie najwyraźniej mający potężne problemy gastryczne, więc co chwilę jakiś „podkołdernik wstydliwy” tudzież „fotelarz smrodliwy” wybierały wolność pozaustrojową i zatruwały powietrze. Odstałam ile trzeba i już po godzinie z małym ogonkiem oraz z papierami w zębach mogłam przejść do kolejnego etapu szpitalnego castingu pod tytułem „diagnostyka przedoperacyjna” polegającego na tym, że ciężko wystraszony i głodny pacjent siada na twardej ławce i czeka boleśnie odgniatając ściśniętą strachem sempiternę. Najpierw czeka się na odpowiednią pielęgniarkę żeby zrobiła EKG, potem na inną żeby pobrała krew, a jeszcze potem na lekarza anestezjologa. Czekanie ma to do siebie, że w takich okolicznościach przyrody dłuży się nie miłosiernie, ale i moje w końcu zostało zwieńczone sukcesem. Po pierwsze primo: aparatura EKG tym razem nie zastrajkowała i nawet papieru w niej nie zbrakło, po drugie primo: krew pobrano mi już za trzecim wkłuciem, po trzecie primo: lekarz anestezjolog kazał na siebie czekać ledwo dwa kwadranse. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie moja grupa krwi, która przyprawiła go o lekki zawrót głowy powodując nielichy popłoch w błękicie ócz jego przepastnych.
Normalni ludzie na ogół mają krew grupy A, B, AB i 0 z przynależnymi im plusami i minusami. Ja jestem tak oryginalna i nietypowa, że mam w swojej krwi pół alfabetu oraz plusy z minusami wymieszane dokładnie, jak również przeciwciała wyjątkowo paskudnej urody. Młody anestezjolog poczytawszy odpowiedni dokument wpatrywał się we mnie uparcie, zapewne intensywnie zgadując gdzież to mogłam schować tę drugą głowę albo trzecie oko, bo jeżeli taka ciecz we mnie płynie, to musi być to widoczne i na zewnątrz. Nawet dla prawdziwego wampira mogę stanowić zagrożenie, bo jakby tak niechcący nawalił się mojej krwi, to przez całą wieczność, jak nic z kaca by nie wyszedł. Jak dla mnie młody adept sztuk medycznych mógłby dziwić się do upojenia, ważne żeby zapisał gdzie trzeba, że oprócz krwistych niespodzianek, które w sobie noszę należę do wyjątkowo opornych jednostek w kwestii tzw. usypiania czyli narkozy i lepiej będzie jeżeli zostanie to w odpowiednim miejscu zanotowane, najlepiej na czerwono. Po szczegółowym przeanalizowaniu mojego medycznego CV i kilkunastu dodatkowych pytaniach mogłam w końcu udać się na swój ulubiony oddział K-2, gdzie przywitano mnie z otwartymi ramionami i gromkim pytaniem:
- jest pani na czczo?!
- niestety, jestem
- to dobrze, bo dzisiaj będzie miała pani angiografię i chyba zabieg
Znam
życie i swoje szczęście garbate, więc do sprawy podeszłam więcej niż sceptycznie, ale posłusznie skinęłam głową i udałam się w kierunku przynależnego mi łóżka celem rozpakowania szpitalnych betów i zredukowania do minimum nerwowych dreszczy, które ze strachu latały po mnie całymi tabunami…
CDN…