Aga! nigdy nie ukrywałam, że jestem "normalna inaczej", zwłaszcza gdy chodzi o sfery medyczne, a moja grupa krwi jest tylko jednym z licznych na to dowodów...
Co do pisania... kiedyś mądry lekarz psychiatra zalecił mi opisywanie własnych przeżyć i emocji jako formę terapii i trafił w dziesiątkę:-) Uczucia i emocje ubrane w słowa nabierają innego wymiaru i łatwiej się z nimi uporać. Opisując Wam swoje szpitalne pierepały wyrzucam z siebie cały stres i strach związany z operacją, szpitalem itd.
Poza tym Ty też ciekawie opisujesz swoje przygody, nie tylko z teściową..

lubię Cię czytać i tylko czekam, kiedy skończy się Twoja święta cierpliwość do tej kobiety..

A odkurzacz na samym progu bym postawiła żeby broń Boże go nie przeoczyła..
Klinicznych klimatów następny odcinek...
Sala pooperacyjna szumnie zwana OIOM-em czyli Oddziałem Intensywnej Opieki Medycznej pachniała nowością i wyglądała całkiem jak z zachodniego prospektu, ale cała reszta, to już istny Meksyk.
Leżałam gapiąc się w sufit z nogą wyprostowaną na baczność, jarzeniówki waliły po oczach, radio po uszach muzyką reggae, a do tego wszystkiego aparatura ratująca
życie błyskała, popiskiwała i od czasu do czasu wyła przejmująco. Pielęgniareczki, dwie sztuki luzem i jeden męski pielęgniarek z upodobaniem walili drewniakami w podłogę, bo biegali w te i wewte, jak to na OIOM-ie przy stanach ciężkich bywa. Hałas, jak w rumuńskiej rodzinie albo na Dworcu Centralnym w trakcie przebudowy!! Innym chorym zwisało to globalnie, bo w nieprzytomność udali się niechcianą, ale ja z godziny na godzinę coraz większy mord miałam w oczach!
Ani pospać, bo co zapadłam w nerwową drzemkę, to zaraz włączał się rękaw ciśnieniowy i głośno obwieszczał światu, że moje ciśnienie jest w dalszym ciągu jakby słabo obecne, ani pogadać, bo personel zarobiony, współspacze mało kontaktowi, a na telefon założony szlaban absolutny, i ani się ruszyć, bo zakazano! Do bani z takim na ramię broń!! W dodatku przynależna do mnie aparatura najwyraźniej mnie nie polubiła i dawała temu wyraz włączając, jak nie alarm, to inny sygnał dźwiękowy mocno dający po uszach. W pewnym momencie rozkrzyczała się tak rozpaczliwie, że przyleciał zaspany lekarz i zgłosił ciężką pretensję:
- to nie możliwe żeby pani prawie wcale ciśnienia nie miała! – z niedowierzaniem patrzył na pulsujący monitor – i była przytomna…
- niemożliwe, to jest dostać sraczki z głodu – odpowiedziałam uprzejmie – czyżbym przeoczyła swoje zejście śmiertelne, a z panem rozmawiam siłą rozpędu?
- no, ale coś tu jest nie tak.. – gapił się na moje parametry, jak nie przymierzając żaba na piorun i myślał intensywnie. W końcu wpadł na genialny pomysł i kazał dokładnie sprawdzić wszystkie kabelki i inne elementy medycznego sprzętu, który choć nowy pewne usterki wykazywał niezbicie.
Przeleżałam tak martwym bykiem kilkanaście godzin z nogą wyprostowaną niczym świeca gromniczna i kołkiem do towarzystwa. Zadek zdrętwiał mi kompletnie, kołek wrósł w biodro na zawsze, a co kręgosłup miał do powiedzenia, to już wolę zmilczeć, bo żadna cenzura takiego wyklinania nie przepuści. Wrogowi nie życzę!!
Człowiek to jednak dziwne urządzenie skoro potrafi różne takie rzeczy wytrzymać nikogo po drodze nie zabijając.... Poza tym nie mogłam pozbyć się wrażenia, że śliczny Pan Profesor niezły „szmonces” na mojej osobie uskutecznił ponieważ żadnego gmerania w czerepie nie odczuwałam. Gdzież te stendy do cholery skoro niczego nie czuję?! Chyba powinnam coś czuć? Takie dodatkowe wyposażenie rozumku powinno być raczej odczuwalne, wszak czyż nie?!
A kiedy w końcu pozwolono mi wstać okazało się, że chociaż bardzo chcę, to wcale nie mogę... Jedna noga wiotka niczym troczek u kaleson, druga sztywna, jak pal Azji i w żaden sposób nie są ze sobą kompatybilne. Zero współpracy ! Co się namęczyłam, to moje i ludzkie słowo tego nie opisze, ale w końcu namówiłam własne kończyny do początkowo szczątkowej aktywności, która z każdą godziną rosła i umożliwiała mi samodzielne poruszanie się w dowolnym kierunku. O ile pijackie chassé połączone z kaczym pas de bourree można nazwać chodzeniem…