Takie tam historyjki dnia codziennego...
Onegdaj wędrowałam sobie do
pracy leniwie i nieśpiesznie zadowolona z życia jak prosiątko w deszcz, ponieważ w poprzednim tygodniu wespół zespół udało się nam z Młodym wyprostować wszystkie bieżące sprawy, a nawet trochę więcej oraz na zapas. Lubię takie zapasy, kiedy wszystko leży/stoi poukładane zgodnie z najświeższymi kaprysami kpa, bip-u i innych paragrafów.
Dzień zapowiadał się więc sympatycznie i miło niczym promocja w Biedronce, bo choć los ostatnio gówniane karty rozdawał, to jednak fortuna ciągle kołem się toczy i kto wie jakie niespodzianki szykuje. Na pokerowy wist Opatrzności nie musiałam długo czekać. Ledwo służbowy próg przelazłam, a już Szefowa asa z rękawa wyciągnęła zgarniając mnie do siebie zanim jeszcze na liście obecności autograf zdążyłam nasmarować. Okazało się, że Dyrektorka na kilka dni wróciła do pracy celem długofalowego ustawienia „zadań bieżących i przyszłych” i znowu idzie na L4, a „pełniącym obowiązki” zostaje pan Kier. No, to będzie wesoło! Oczyma duszy już widziałam latające noże i kaftan bezpieczeństwa wiszący na gwoździu!
Pokuśtykałam więc na pierwsze piętro zastanawiając się niemrawo za co tym razem zbiorę
opeer z donosu kierownika, a przede wszystkim za kogo, a tu proszę! Nic z tych rzeczy! Na stole kawusia, ciasteczka i cukiereczki, Szefowa cała w uśmiechach, a pan Kier w lansadach. Też cały.
Uuuu…niedobrze. W takich okolicznościach przyrody nie można spodziewać się niczego dobrego. Napojów ciepłych i zimnych na wszelki wypadek odmówiłam, ciasteczek tym bardziej i grzecznie ale stanowczo poprosiłam o maksymalne skrócenie towarzyskich pirdi-girdi w celu przejścia do tak zwanego meritum czyli wyłożenia kawy na ławę.
Na takie dictum Szefowa i owszem wyłożyła nie tyle kawę, co cykutę bez mała, którą ubrała w znane wszystkim pracownikom memento – „jest misja do zrobienia”. Natychmiast poczułam, jak tabuny znerwicowanych mrówek latają w te i nazad po moim kręgosłupie, a w głowie czarci młyńskimi kamieniami w kręgle grać zaczynają.
Misja wyglądała następująco, otóż ni mniej ni więcej mam przygotować prezentację jako element wizualny uroczystego pożegnania jednej pani, która właśnie odchodzi na emeryturę i godnie uczcić ją trzeba . Elementem podstawowym prezentacji mają być zdjęcia owej pani z różnych okresów jej zawodowego życia opatrzone odpowiednimi komentarzami. I w tym wszystkim szczegół drobny, że ja tej pani w ogóle nie znam i na oczy nie widziałam…
Ma być poważnie, ale na luzie, zabawnie ale niekoniecznie śmiesznie, uroczyście i dostojnie, ale bez majestatycznego nadęcia. Jednym słowem ma być ubaw po pachy ale z odpowiednią dozą powagi i namaszczenia.
Od razu poczułam się jak nie przymierzając Koło Gospodyń Wiejskich, takie co to wiecie…
tańczy, śpiewa, recytuje, dupy daje i gotuje. Dostałam błogosławieństwo Szefowej, wręczono mi materiały i do roboty!
Zobaczyłam te zdjęcia i moja wątroba wywróciła się na nice. Zobaczyłam wytyczne do komentarzy i do wątroby natychmiast dołączyła trzustka, śledziona oraz kawałek jelita grubego, a kiedy usłyszałam, że prezentacja ma być gotowa na wczoraj mój rozumek stanął dęba i takiego wała pokazał.
Z piętnaście minut siedziałam próbując ogarnąć zbuntowanym intelektem otrzymaną „misję” i jakoś rozkminić to na sensowne kawałki, ale szybko do mnie dotarło, że wyżej zadka nie podskoczę. Czasu mało, roboty dużo, a rozbijanie gówna na atomy nic mi w tej sytuacji nie da.
W pracy pomiędzy telefonami, petentami i papierami jakoś udało mi się zrobić demo wersji oficjalnej czyli zgodnie z sugestiami kierownictwa. I szczerze mówiąc wyszedł z tego chłam jakich mało. Do obrzydliwości politycznie poprawny, mdły i nudny jak polskie seriale, ale ku mojemu zdziwieniu zyskał aprobatę, a nawet kilka pochwał. Zbrzydziło mnie to straszliwie, zabrałam cholerstwo do domu żeby dopieścić paskudztwo i choćby graficznie na wyższy poziom zawlec, ale gdy tylko usiadłam w ukochanym fotelu, wzięłam Tośka na kolana od razu złe we mnie wstąpiło i wysmarowałam drugą wersję emeryckiego pożegnania. Taką po mojemu, z biglem, jajem i beztroską powagą! A co? a kto bogatemu zabroni?!
Pozamieniałam slajdy, zdjęciowe komentarze ułożyłam w rymy stricte częstochowskie z lekką domieszką romantycznej liryki, a wszystko okrasiłam życzliwą ironią i szczyptą sarkazmu. Fajnie wyszło! Mnie się podoba, innym nie musi. Miałam jednak nadzieje, że szanowna emerytka bodaj szczątkowe poczucie humoru jednak posiada, i że jej również takie postawienie sprawy do gustu przypadnie.
Najwyżej Szefowa na kopach wyprowadzi mnie z firmy jak to drzewiej bywało!
Prezentacje oddałam i nawet nie miałam czasu denerwować się reakcją Dyrekcji, bo kierownik zadbał o zwyżkę produkcji złej adrenaliny w moim organizmie i generalnie skupiona byłam żeby nie przegryźć mu tętnicy lub też innej krzywdy nie zrobić.
Dopiero wedle południa zawezwana zostałam na dyrektorski dywanik…. I jak myślicie, która wersja moich prezentacyjnych wypocin zwycięski laur zdobyła?
W nagrodę dostałam kolejną prezentacje do zrobienia, tym razem na konkurs EFES-owski czyli finansowo bardzo poważną i tu już żartów nie ma! Na szczęście w tym przypadku wytyczne są jasne i klarowne, zdjęcia wybieram sama, no i mam nowy program. Tylko termin oczywiście zbiegł się jak stare gacie w praniu i ledwo dwa dni na to miałam.
Tak mniej więcej wyglądał początek tygodnia w wersji pracowniczej, natomiast w temacie spraw domowych w paradę weszły nam drzwi i na dłuższą chwilę głupią zapadką oraz jeszcze głupszym wytrychem wstrząsnęły małżeńskim szczęściem ...
