Guśka się dla mnie bardzo podoba!
Halinko! imieninowy buziak dla Kacperka!
Tyle pisałyście o kolędzie, więc i ja wrzucę swoje "przemyślenia"..
Hej kolęda, kolęda…
Taki teraz czas mamy, że ksiądz po kolędzie biega z podkasaną sutanną, bo zgodnie z 529 kanonem Kodeksu Prawa Kanonicznego: "Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku (..) jak również - jeśli w czymś niedomagają - roztropnie ich korygując (..)
Nie wiem jak jest w pozostałych kawałkach Polski ale na Kaszubach tzw. kolęda jest wydarzeniem na miarę ho,ho,hoooo! Albo i lepiej! Co najmniej chrztu pięcioraczków, ślubu Eskimosa z Pigmejką, a już takiej na przykład habilitacji to już na pewno. A przynajmniej tak było w starym mieszkaniu, z którego wyprowadziliśmy się prawie trzy lata temu.
W dniu kolędowania w całej kamienicy schody, poręcze i lamperie szorowane były do białego, okna myte na błysk tak wielki, że oczy bolały od świetlistych refleksów, a wycieraczki wytrzepane do ostatniego śmietka. Konglomerat woni i zapachów mniej odporne jednostki doprowadzić mógł do zwidów i omamów, ja w każdym razie potężny ból głowy miałam gwarantowany w kolędowym pakiecie. Taki mały bonusik w ramach dobrowolnej „ofiary”.
Ponieważ od samego początku stanowczo odmówiłam udziału w tym zbiorowym szaleństwie zostałam tylko cichcem szemranym lekko potępiona, bo jednak sąsiedzko bywałam użyteczna i odstąpiono od natychmiastowego spalenia mnie na stosie jako czyśćcowego heretyka.
Wszystkie sąsiadki pucuwały swoje mieszkania lepiej niż na Wielkanoc, tak jakby ksiądz z ramienia Sanepidu na inspekcję czystości przychodził i na kolanach miał sprawdzać czy przypadkiem jakieś roztocze przy życiu nie zostało lub też inna bakteria w kącie się nie panoszy. Poza tym wszystkie piekły „kuchy” rywalizując ze sobą na noże, której ciasto ksiądz bardziej pochwali, no i zje oczywiście. W temacie „kuchów” bardzo księdzu współczuję, bo swoje sąsiadki znam i wiem, że żadna nie popuści i przynajmniej jeden kawałek w księdza bodaj na siłę, ale wepchnie. No i oczywiście wszystkie wystrojone jak suczki na szczepienie, w „trumienne” garsonki i suknie niedzielne. Te, które jeszcze mężów miały wbijały biedaków w ślubne garnitury, białe koszule i czarne krawaty oraz świąteczne lakierki. Szał ciał i uprzęży!
Ja tam kobieta pracująca jestem oraz zatyrana po same „szlify” i na takie ekscesy czasu, chęci ani ochoty nigdy nie miałam. Ksiądz przychodzi do mnie, bo mu to KPK nakazuje, no to niech buty dobrze wytrze, od modli i pokropi co trzeba, a o wiele ma życzenie, to i owszem, pogadać możemy ale tylko i wyłącznie na tematy miłe i przyjemne, bo pouczanie i kościelne procedury wychowawcze, to przepraszam bardzo ale sobie kategorycznie wypraszam. Taka niereformowalna kanonicznie jestem, a co z tym zrobić to już księdza problem..
Nasz stary proboszcz poza tym, że za katabasa robi od ponad 20 lat , to jeszcze na dodatek całkiem normalny z niego człowiek. Jak mu raz powiedziałam, że do kościoła chodzę kiedy mam taką potrzebę, a nie bo muszę, i że do rozmowy z Panem Bogiem żadnych pośredników nie potrzebuję, a modlić mogę się wszędzie, nawet w piwnicy, to od pierwszego kopa załapał, że chociaż rogata ze mnie dusza, to niekoniecznie piekło jest mi pisane..
Chociaż poszłabym do Nieba ze względu na klimat ale Piekło korci bardziej ze względu na towarzystwo..
W starym mieszkaniu (ciasnym i zagraconym niemożebnie!) przygotowania do kolędy wyglądały tak, że Miśkowi zlecałam wyciągnięcie jego skarpetek spod fotela, schowanie moich dresów do szafy, wyrównanie książek na półkach ( jak porządki, to porządki, no nie..?!) i przygotowania do kolędy mieliśmy z głowy.
Z reguły, z kolędniczego przydziału trafiał do nas wikary, młody, sympatyczny i taki trochę Struś Pędziwiatr, bo ledwo wszedł ( a raczej wbiegał z wizgiem sutanną zamiatając kąty nie wymiecione), a już kropidłem machał i w życiu tak szybko sylab Ojczenasza nie łykałam, a musiałam, bo inaczej bym za nim nie nadążyła. Siadał półgębkiem, nogami przebierał, a na mnie ( widać pouczony przez proboszcza) dyskretnie łypał tylko jednym okiem, drugim na Miśka tak bardziej współczująco, z rozmachem obrazkami świętymi po stole pizgał jednocześnie kopertę zgarniając i….. po kolędzie.
Zdaje się, że dzięki nam młody księżulo uczucie głębokiej wdzięczności poznał dogłębnie, że tym razem nikt mu ani kolejnej kawy, ani tym bardziej następnego „kucha” nie proponował, na siłę nie zatrzymywał i pierdołami głowy nie zawracał.
Po zmianie mieszkania automatycznie zmienił się nam parafialny przydział i teraz na kolędę przychodzi księżulo, który namiętnie i za każdym razem straszy nas ogniem piekielnym z powodu braku ślubu kościelnego. Oraz poucza nas jak mamy żyć „w tym grzechu” żeby bodaj czyśćca dostąpić. Za pierwszym razem milczałam kamiennie, co przyznaję kosztowało mnie dużo samozaparcia i jeszcze więcej tzw. dobrej woli. W zeszłym roku już tak ulgowo nie było, jak tylko smarkaty katabas zaczął pouczać mnie, że kobieta we wszystkim ma być uległa i mężowi posłuszna, oraz dogadzać mu we wszystkim aż we mnie zabulgotało! Dowiedziałam się, że Pan Bóg najpierw stworzył Adama, a Ewę na jego służebnicę namaścił, więc on mi łaskawie przypomina, gdzie jest moje miejsce w szeregu i to ja, a nie mąż herbatę powinien księdzu zrobić. Przez kwadrans cierpliwie słuchałam księdzowego bredzenia i w końcu nie wytrzymałam. Bardzo grzecznie i bardzo spokojnie zapytałam:
- A ksiądz życie małżeńskie z własnego doświadczenia tak dobrze zna czy tylko z opowiadań?
I było po kolędzie…
Ciekawe jak w tym roku będzie, na wszelki wypadek już sobie powtarzam:
Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem.
( Ewangelia według Św. Jana, R 8.)
i
Albowiem u Boga nie ma względu na osobę.
(Dzieje Apostolskie 10,34-35)



