Hejka
Czy ja kiedyś odpocznę?
Chyba jedynie za sto lat w trumnie.....
No oczywiście, jak Tamirka pisała, ja w trójmieście no i nie tylko...
W sobotę jużo 10.30 jechaliśmy na mecz Marcela do Gdyni, grali z najlepszą drużyną z ich tabeli, taka drużyna, do której jest ostra selekcja, idą tylko najlepsi (a nie jak u nas kazdy kto tylko chce grać), treningi mają codziennie to co się dziwić że mało kto im bramkę strzeli.....
Jechaliśmy właściwie z przekonaniem, że są bardzo marne szanse na remis ana wygraną to grubo poniżej zera. Tylko, żeby nie przegrać za wysoko.... Jesienią dowalili nam 6:0 więc wesoło nie było.
I słuchajcie, był tak fantastyczny mecz, że normalnie ustać nie mogłam w miejscu z emocji.
Jak gdynia strzeliła pierwszą bramkę to pomyślałam: no, zaczęło się....
Potem nasi mieli naprawdę przeogromne szczęście, bo powinno być więcej bramek, tylko jakimś cudem ich nie było.....ufffff
Z 1 połowy chłopcy schodzili przegrywając 1:0 więc pomyślałam że i tak dobrze jak na tak dobrego przeciwnika.
A w drugiej połowie, ich błąd, wykorzystany przez naszego kapitana i GOOOOOOLLLLLLL
i remis 1:1, teraz tylko choć utrzymać wynik do końca.....
matko, w ostatnich minutach to myślałam, że wbiegnę na boisko i im piłkę zabiorę.
Wszystko się działo pod naszą bramką, normalnie to nie wyglądało jak mecz tylko jakaś kopanina, nasi wszyscy na obronie, odkopywali piłkę od bramki, tamci chcieli do bramki... to było po prostu straszne....
W końcu sędzie odgwizdał koniec meczu...
Mówię Wam, remis z najlepszą drużyną to naprawdę jest wyczyn jakby wygrali ze wszystkimi innymi. normalnie tak cieszył że sobie tego nie wyobrażacie.
Oni myśleli, że przyjedzie taka drużyna z wioski, z 9 miejsca to oni spokojnie ich załatwią a tu proszę.....
Nasi schodzili szczęśliwi a na tamtych to trener się darł, oni nosy spuszczone na kwintę....
jak to, zremisować z 9 miejscem? toż to wstyd.....
Po meczu pojechaliśmy z Marcelem do tych naszych znajomych bo mąż już tam był...
No i tak wyszło że zostaliśmy u nich na noc.
Dziś rano wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy do domu.
Byliśmy już właściwie blisko a ja mówię do męża, że nie chcę wracać do domu, ładna pogoda jest to może byśmy gdzieś pojechali?
Ja myślałam o Łebie a mąż wpadł na pomysł jechania do Malborka!!!!
Oczywiście ja kierowałam i mówię, matko, taki kawał on chce jechać?
Ale, że nigdy jeszcze na zamku nie byłam to mówię, jedziemy....
No i pojechaliśmy....
Od nas to jakieś 100 km drogi ale kawałek autostradą i 2 h byliśmy na miejscu.
Ludzi oczywiście już mnostwo, trochę postaliśmy sobie w kolejce do kasy a potem mąż poszedł zobaczyć w ogóle po ile są bilety.
Jak wrócił i powiedział, że bilet kosztuje 39,5 to żeśmy stwierdzili, że dać 120zł żeby zamek obejrzeć, to lepiej idziemy coś zjeść. Bo była już godzina jakoś koło 14, my tylko po sniadaniu a podobno chodzenie po zamku trwało 2,5-3 godziny więc my jak my ale Marcel już był głodny.
Kupiłam dwie pamiątki, żeby chociaż coś mieć z tego zamku
Poszliśmy do Sfinksa zjeść i zobaczyliśmy drogowskaz na park linowy.
Marcel bardzo chciał pojechać, no to zamiast do zamku pojechaliśmy do parku.
krótkie szkolenie i Marcel wszedł na przeszkody.... Były jakieś 3-4 metry nad ziemią ale niektóre były naprawdę trudne, widziałam jak się bał i naprawdę miał ochotę zejść. I co mi się podoba, że swój lęk przezwyciężył i zaliczył wszystkie 10 przeszkód.
Teraz na moje pytanie czy by jeszcze raz poszedł to mówi że tak, ale chciałby iść na zjazdy.
No i powrót, znów 2 h i dopiero w domu poczułam jak jestem zmęczona.....
Teraz już wykąpani i chyba pójdziemy szybko spać.
ogólnie dzień był bardzo fajny, trochę kasy żeśmy stracili ale przynajmniej już nie powiem, że nie byłam w Malborku

A tam tylko Wy wiecie że na zamek nie weszliśmy
