Poszłam na chwilę do
pracy, bo (nie)ulubiony pan Kier nijak nie mógł znaleźć umów do podpisu chociaż leżały na wierzchu. Taki żuczek biedny, myślałby kto!
Cały czas poleguję, obiad zrobiłam na pół gwizdka (schabowe z mizerią), bo cosik ciągle mną telepie, no i ten mój sen...
Na ogół nie pamiętam, co mi się śniło i wcale z tego powodu nie ubolewam. Jednakowoż kilka razy śniłam sny tak dziwne, śmieszne albo straszne, że nawet po latach pamiętam je do najdrobniejszego szczegółu.
Podobno sny, to nasza ukryta podświadomość, która tą drogą pcha się do wyjścia tak zwanej jaźni i w ten sposób próbuje nam coś powiedzieć.
Niejaki Jung, Carl Gustav zresztą pisał, że „
istnieją sny, które są odzwierciedleniem nieuświadomionych pragnień i żądz. Mogą też być wyrazem nieuchronnych prawd, iluzji, dzikich fantazji(…) niemożliwych oczekiwań, irracjonalnych doświadczeń, a nawet telepatycznych wizji i kto wie czego jeszcze…”.
I to kto wie czego jeszcze najbardziej się dla mnie podoba jako stwierdzenie stricte naukowe i cholernie przekonujące….hi,hi,hi
Freud też miał swoje teorie na temat snów, ale ponieważ był starym świntuchem i naukowym oblechem, więc go tutaj z premedytacją pominę, bo nie chcę żeby mi prącia and vaginy za bardzo w paradę wchodziły. Wystarczy, że jedno wchodzi w drugie co, czasami jest przyjemne, a czasami owocuje prokreacyjnie.
A wracając do naszych baranów…tfu…snów, to uważam, że wszystkie baśnie, bajki i bajeczki właśnie w snach mają swoje pierwowzory…. Weźmy chociażby taką „ Śpiącą Królewnę” albo „Kopciuszka”. Toż to nic innego jak upierdliwie powracający sen starej panny, ciotki-dewotki, która będąc na łasce krewnych i z powodu permanentnego
ZON-u* oraz głupich przekonań opowiadała siostrzenicom albo bratankom bzdury o pięknym królewiczu. Najpewniej impotencie i fetyszyście, bo cała ta królewiczowska męskość i tzw. seksualność sprowadzała się li tylko do pantofelka i pocałunku….
I aż się boję pomyśleć kto może być autorem poniższej bajki….
Dawno…dawno temu w bajkowej krainie żyła w jaskini straszna i nienasycona Smoczyca, a była ona wyjątkowo wredna i upierdliwa dla lokalnych kacyków i tamtejszych aborygenów, więc kilku śmiałków postanowiło zabić gadzinę i przywrócić krainie święty spokój….. ale wcale nie było to łatwe. Bo! No, właśnie….. Drogi Rycerzu jeśli nie byłeś odpowiednio obleczony w zbroję – nie uniknąłeś pożarcia. Ale jeszcze gorszy los spotykał tych obitych w blachę twardzieli, błyszczących, wypolerowanych, gładziutkich, z wielkimi hełmami i ledwo się zginających w swoich sztywnych ubrankach…… i najczęściej taki śmiałek stał przed Smoczycą cały drżący i trzęsący się jak osika z wielkiego przerażenia. A Smoczyca ma wszak swoje potrzeby…..przychodzi taki, stoi i wibruje….. aż żal sobie nie wsadzić…..
Sny podobno mają swoje znaczenie, taką ponadczasową symbolikę, która o ile się w nią wierzy może przepowiadać nam przyszłość, przypominać przeszłość i ostrzegać przed teraźniejszością. A ja swego czasu przez kilka miesięcy miałam sny całkiem jak brazylijski serial. Bardzo mocno długodystansowy. W kilkunastu odcinkach. A po każdym odcinku na ekranie mojego snu pojawiał się krasnoludek dźwigający ogromną tablicę z napisem: KONIEC, za każdym razem w innym języku. Tym sposobem w kilka tygodni poznałam chyba wszystkie możliwe języki jakimi operuje ludzka nacja, bo zdaje się, że nawet eskimoski krasnolud w moim śnie występował z tablicą w ramionach. A może na reniferze ją targał..? Sprawdziłam, co znaczy pojawiający się we śnie krasnoludek…. Taaaa… w jednym senniku przeczytałam: krasnoludek – ogromne kłopoty, w drugim: śnić krasnoludka – drobne przyjemności. No, po prostu taka interpretacja, to rewelacja! Podobno błoto we śnie oznacza powodzenie, gów….. duże pieniądze, a zęby i potłuczone talerze chorobę i kłopoty. To jak wytłumaczyć sen o zębach wybitych potłuczonymi talerzami, które lądują w błocie, a ich właścicielka zesr…. się z bólu i pochorowała z rozpaczy? No, i bądź tu mądry…
I dlaczego mnie, kobietę dojrzałą i szczęśliwą w swojej codzienności, spełnioną uczuciowo oraz emocjonalnie, usatysfakcjonowaną zawodowo, ni z gruchy ni z pietruchy nawiedzają takie zwidy jak to:
Jechałam na wrotkach i samą sobą śmiertelnie potrąciłam dromadera. Aresztowano mnie i postawiono w stan oskarżenia. Prokurator domagał się kary śmierci ponieważ od przedwczoraj w naszym kraju zmieniły się przepisy i dromadery uzyskały status „świętej krowy” na polskich drogach, dróżkach i ścieżynkach. Wyrok zapadł, ale Prezydent w drodze łaski dał mi ostatnią szansę. Mam na międzynarodowym forum zapowiedzieć jego przemówienie, ale mam to zrobić w sposób bardzo oryginalny, niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju. I mam tylko dwie godziny na ocalenie. Siedzę w ciasnej i śmierdzącej celi. W głowie pustka aż echo niesie po brudnych ścianach. Od kilku słów zależy moje
życie….. Ratunku! Jak mam to zrobić? Palce ogryzione do kości……trzęsiawka, nerwowa telepka….ząb na ząb ze strachu nie trafia…..a czas ucieka….. i nagle olśnienie! Błysk geniuszu! Przecież najlepiej zrobić to najprościej!
Wychodzę na jakąś ogromną scenę, która nie ma ani początku ani końca…. Oślepiona reflektorami nie widzę nic. Ktoś wciska mi w rękę mikrofon wielki jak Pałac Kultury. Nagle cisza….upiorna i lepka jak strach…słyszę tylko bicie własnego serca, muszę! muszę radosnym uśmiechem pokonać gilotynę! ….. spokojnie….tylko spokojnie….przecież wystarczy powiedzieć jedno, proste zdanie i będę żyła. Z wielkim trudem przywołałam na twarz beztroski uśmiech. Wzięłam głęboki oddech i:
- Szanowne Panie, Szanowni Panowie oto przed państwem Komorek Bronisławski!
W tym miejscu rzeczona wcześniej gilotyna ze świstem spadła mi na głowę, a pluton egzekucyjny oddał salwę honorową wprost w moją osobistą klatkę z piersiami…..
I w tym momencie obudziłam się z krzykiem, a Misiek do samego świtu za likwidatora sennych koszmarów robić musiał.
Proszę, co gorączka robi z ludźmi..
*ZON inaczej zespół ostrego niedopchnięcia