cześć Dziewuszki:-)
Pogoda w kratkę, ciśnienie szaleje, a ja mam wrażenie, że moja głowa siedzi w jakimś imadle...
Dzisiaj odwiedziła nas Szefowa, ale nie miałam szansy żeby z nią porozmawiać, bo pan Kier cały czas nie odstępował jej na krok. I oczywiście była kolejna jazda, bo pan Kier wymyślił, że mam jechać na spotkanie Lokalnej Grupy Rybackiej. Wszystko fajnie, tylko nie miał mnie kto zawieźć i zrobiła się ekstra chryja, bo skoro ja na pół dnia wybędę, to ktoś musi mnie zastąpić, a nie było komu ponieważ dwie dziewczyny są na L4 i dwie na urlopach. Koniec końców zawiózł mnie nasz kierowca, a na drzwiach zawisła karteczka z uroczą informacją, że "nieczynne". Tylko czekam aż ktoś z klientów zrobi aferę i pójdzie na skargę do Starosty!!!
Saszka! zastrzyki??? oj, to poważna sprawa, czyżby angina???
I wszystkiego naj, naj, naj z okazji rocznicy!!!
Halinko! sił to ja mam coraz mniej, a nerwy na postronkach, ale jeszcze trochę muszę wytrzymać. A te szare kluski to z ziemniaków? Narobiłaś mi apetytu...

Daj przepis!!
Envelo! A Igorek ma apetyt?? Karmisz go piersią czy butla??
a propos porodów...
Jak to drzewiej się rodziło..
W siódmym miesiącu odjęło mi władzę w nogach i wylądowałam na patologii ciąży gdzie przeleżałam kolejny miesiąc pod kroplówkami w ciężkim stresie, że urodzę nie wiadomo co, bo lekarze na zmianę wróżyli mi albo
dziecko lekko wybrakowane, albo ciążę mnogą albo wielowodzie, a to z powodu ogromnego brzucha, którym dysponowałam jako stara pierworódka. Potem to już było tylko zatrucie ciążowe, obrzęki jak u słonia i 5 różnych terminów porodu. A kiedy upłynął piąty z wyznaczonych i okazało się, że ciąża jest mocno przenoszona, w pewną lipcową niedzielę postanowiono zmusić mnie do urodzenia dziecka sztucznie prowokując poród. To dopiero była ostra jazda bez trzymanki! Kroplówka w żyłę, zastrzyk w tyłek, tabletka pod język i:
- czuje pani bóle?
- Nie …
Następna kroplówa, zastrzyk, tabletka i;
- czuje pani bóle?
- Nie..
i apiać od nowa.. szalalala zabawa trwa!
W tak zwanym międzyczasie przywożono inne kobiety, które rodziły w okamgnieniu, pracowicie, bez specjalnych wstrętów i kaprysów. Wrzasnęła jedna z drugą głośno męża od ciulów czy innych złamasów wyzywając i już dziecko na świecie było! A ja leżę i nic...Kolejny obywatel PRL swoje narodziny głośnym wrzaskiem oznajmił, a ja nic...moje dzieciątko też nic poza solidnym kopem w żołądek mamuni! Po ładnych kilku godzinach tej zabawy, po czwartej bodaj kroplówce nagle poczułam... taką jakby nieprzyjemność w okolicach krzyża, ni to mrowienie, ni to swędzenie, coś jakby drapanie . Na wszelki wypadek rozdarłam się pokazowo i całemu personelowi niemożebnie ulżyło, bo w końcu podobno zaczęłam rodzić. Dziwnie to wyglądało...przez następne 3 godziny leżałam i czytałam książkę od czasu do czasu czując jak przelatuje po moim krzyżu stado znerwicowanych mrówek-mutantów, więc postękałam trochę dla zasady, bo podobno tak na porodówce trzeba i wracałam do czytania. Parodia nie poród! W końcu jedna z położnych dość już miała tej zabawy w ciuciubabkę i strzeliła mi taką szprycę w dupsko, że po 10 minutach poczułam, że:
- Siostro! Basen poproszę ale szybko! - krzyknęłam z całych sił bardzo rozpaczliwie
- żaden basen tylko przemy, przemy i rodzimy! – radośnie odkrzyknęła położna i poleciała myć ręce
I tak parłyśmy i rodziłyśmy sobie w zgodnym duecie przez kolejne godziny. To znaczy ja parłam, położna się darła „broda niżej”, a dziecko miało wszystko w nosie i nie chciało współpracować.
Trwało to i trwało... dzień się skończył, noc nastała, a ja uparcie parłam i parłam.. i parłam.. i w końcu straciłam przytomność.. Ocknęłam się na sali operacyjnej i okazało się, że urodziłam dziecko, w sensie córkę, 4100 żywej wagi , wzrostu 55 cm…
Leżąc na porodowym wyrku w towarzystwie kroplówek, książki oraz zmutowanych mrówek nie wiedziałam ( bo niby skąd!), że mój ówczesny mąż, a przy okazji tatuś dziecka, co piętnaście minut dzwonił do dyżurki położnych i drżącym głosem pytał:
- A czy moja żona już urodziła?
Z każdym następnym telefonem pytał coraz wolniej i wyraźniej, dokładnie oddzielając każde słowo ciężkim westchnieniem. No cóż.... rodziłam długo i starannie, więc mój mąż razem z moim ojcem skracali sobie czas oczekiwania narodzin dzieciątka opróżniając kolejne flaszki czystej z czerwona kartką. Na kartki zresztą. Podobno ojciec każdy toast rozpoczynał słowami :
- kuźwa! Będę dziadkiem!
Mój mąż potakiwał teściowi, kartkową wódkę popijając mlekiem, zakąszając śledzikiem,i co chwila łapiąc się to za głowę, to za brzuch. Podobno bardzo go bolał z przyczyn bliżej nieznanych. Ten brzuch znaczy...
A kiedy w końcu po sto pięćdziesiątym telefonie usłyszeli, że jeden został ojcem, a drugi dziadkiem natychmiast podjechali pod szpital wyjącą i błyskającą „suką” i usiłowali wtargnąć na oddział. W tamtych czasach oddziały położnicze były niedostępne dla odwiedzających i strzeżone lepiej niż tajemnice Armii Radzieckiej.. Mój ojciec jako osoba mundurowa w stopniu majora dysponował służbowym „gnatem” oraz dużą siłą perswazji. Machając zabezpieczonym na szczęście pistoletem ruszył powitać pierworodną wnuczkę na tym łez padole, skołowanego zięcia uparcie ciągnąc za sobą. Przez szpitalnego ciecia przeszedł jak przez powietrze, położną zlekceważył i potknął się dopiero na lekarzu dyżurnym, któremu widocznie żaden „gnat” straszny nie był, a dwóch nawalonych jak autobusy facetów tym bardziej.
- dziadkiem ku…a jestem! Wnuczkę pokazać ! - mój ojciec nie bawił się w sentymenty ,a rozkazy wydawał odruchowo nawet cywilom.
- Ależ proszę bardzo – lekarz był facetem mądrym i pod lufą bić się nie zamierzał, więc postawił gibających się panów w pionie oraz pod ścianą dając im tym samym chwilowo mocne oparcie, a położna przez szybę i z daleka pokazała córko-wnuczkę w całej okazałości.
- Jaka śliczna – wyszeptał mój mąż
- i mądra – autorytatywnie stwierdził mój ojciec również nie wiadomo czemu szeptem.
Po czym obaj panowie zgodnie się popłakali i szlochając ze szczęścia grzecznie i na paluszkach opuścili oddział udając się do knajpy gdzie chlali do rana.
Następnego dnia mój mąż na ciężkim kacu pojawił się pod szpitalnym oknem z wiąchą kwiatów i z gębą spuchniętą jak arbuz od bolącego zęba:
- ty rodziłaś, a ja razem z tobą – pożalił się biedaczek
- ale ja gębą nie rodziłam – stwierdziłam na bazie prostych skojarzeń, bo mnie bolało całkiem co innego i w zupełnie innym miejscu
- brzuch też mnie boli – nie odpuszczał mąż mój skacowany
- Napij się mięty, idź do dentysty i wymyśl imię dla dziecka, bo to dziewczynka jest
Ba -ba! Nie chłopak! Baba! - wrzeszczałam z drugiego piętra budząc zaciekawienie ulicznej gawiedzi.
Bo nasza córka póki co, była bezimienna. Mój mąż przez całą ciążę wmawiał sobie, mnie i całemu światu, że urodzi mu się syn, który będzie miał na imię albo Szymon albo Piotr, albo Jan, albo Krzysztof albo „jeszcze nie wiadomo, jak ale coś wymyślę”. No to teraz niech wymyśla. Byle szybko, bo dziecko zarejestrować trzeba, a urzędy czekać nie lubią. Na własny użytek nazywałam córcię Felicją albo Franciszką, bo jakoś mi te imiona na F do niej bardzo pasowały, po czym okazało się, że urodziłam Elżbietę i tak już zostało.
Tydzień po porodzie wróciłyśmy z Królową Elżbietą do domu chociaż nie wiele brakowało, a zostałybyśmy w szpitalu na wieki. Mąż spóźnij się po odbiór żony i dziecka tylko trzy godziny, bo mu się na budowie coś tam zawaliło czy może odpadło, więc siedziałam z dzieckiem w ramionach na szpitalnym korytarzu klnąc pod nosem i ze złością smarkając w pieluchy. W końcu pojawił się zdyszany niczym doroszkarska chabeta i okazało się, że dziecka nie ma w co ubrać, bo ciuszki są za małe. Ja też wracać będę w szpitalnej koszulinie, bo mój mąż z rozpędu przywiózł mi ciążowe ciuchy z bielizną włącznie, które były dobre dla ciężarówki z wagą 85 kg, a z wychudzonej położnicy spadają jak chcąc. Szczególnie te..no.. „niewymowne” miały tendencję do samoczynnego opadania na glebę.
Był lipiec, gorąco, więc dzieciątko zawinęłam tylko w pieluszki i kocyk , siebie w wielką jak namiot ciążową kieckę, całkowicie rezygnując z majtkowej galanterii i tak wystrojone pojechałyśmy do domu.
Chwilę po wejściu w domowe pielesze byłam światkiem czegoś absolutnie fantastycznego i niesamowitego. Świeżo upieczony tatuś wziął po raz pierwszy swoją córeczkę na ręce, która w tym momencie otworzyła oczka i uśmiechnęła się do niego rozkosznie. W tej jednej chwili, dorosły i potężny facet rozkleił się kompletnie i zakochał na zbój w kruszynce trzymanej w ramionach.
A nie długo potem okazało się, że urodziłam „tatową córeczkę” i do towarzystwa wzajemnej adoracji raczej przyjęta nie będę. Mamunia jest od wychowywania, tatuś od rozpieszczania i nie ma inaczej!